1

Do zobaczenia “Mały Lojaku”

foto: dyziek.comJesteśmy na Mistrzostwach Europy w Breslav (Czechy).
Wczoraj zostało rozegrane zadanie “Lot na ograniczonej ilości paliwa (4L). Okno czasowe 13:30 – 20:00”. Czyli zadanie popularnie zwane termiką.
Noszenia były mocne, chwilami ocierało się o 7 m/s w górę, na ponad 1000m latały z nami suche liście od kukurydzy.
Wylądowałem bardzo zmarznięty – na wysokości ok 1400 m było 7,8 stC.
Po wylądowaniu normalna procedura: marshall sprawdza plomby na instalacji paliwowej, potem należy udać się do kolejnego punktu kontrolnego, tym razem sprawdzane jest, czy aby na pewno plomby na kopercie w której jest telefon komórkowy nie są naruszone a sam telefon wciąż jest wyłączony, potem odczyt z loggerów.

Zawsze po tej konkurencji w decku do lądowania jest silny gwar, śmiechy, opowiadanie sobie ile to ciągnęło do góry, jakież to silne były duszenia, opowiadanie gdzie nosiło, ileż to “migaczy” się dostało, jak mocno się zmarzło etc. No i oczywiście fundamentalne pytanie: “Jak długo byłeś w powietrzu?”.
A wczoraj było jakoś inaczej… po wylądowaniu marshall mnie nie popędzał, wychodzę z decka a nikt nic nie mówi, ludzie stoją, wzrok w ziemię, usta pozaciskane… Jakaś kobieta ma zaszklone oczy.
W końcu Dawid Matuszczyk powiedział coś, co mnie zmroziło jeszcze bardziej: “Widziałeś śmigło?” W naszym żargonie tak określany jest śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Niestety nie widziałem tego śmigłowca.

Potem docierały do mnie informacje, które wypierałem z siebie z całych sił…!!!

Poszedłem więc do naszego niezastąpionego team leadera Wojtka Domańskiego – w końcu to on ma najlepsze informacje, wie najwięcej, jest łącznikiem pomiędzy drużyną a organizatorem i dyrektorem sportowym. Proste pytanie: WTF?!

A potem przyjechał z miejsca zdarzenia Paweł Kozarzewski, brat Mariusza…
Wysiadł z samochodu, popatrzył na nas i powiedział: “Nie ma już małego Lojaka. Mój brat nie żyje.”

W ubiegłym tygodniu jadąc tu z Mariuszem samochodem blisko 8 godzin, większość czasu rozmawialiśmy oczywiście o lataniu. O silnikach, o skrzydłach, opowiadałem mu o różnych zawodach, o różnych mniejszych i większych zawodnikach z innych krajów, o różnych pomysłach na podwyższenie umiejętności. Bardzo chciał latać. Cały czas chciał latać. Cieszył się, że jedzie – to były jego pierwsze zagraniczne zawody. Nie miał tremy. Umówiliśmy się, że w drodze powrotnej to on mi będzie opowiadał. O swoich wrażeniach, o swoich wnioskach, o swoich obserwacjach.

I muszę wracać sam. W ciszy.

====================================

Naoczni świadkowie (piloci z Austrii i Hiszpanii) którzy latali obok powiedzieli, że widzieli, jak Mariusz na wysokości ok. 150m nad ziemią próbował szarpaczką znad głowy uruchomić silnik. Dwoma rękoma. Loggery potwierdzają tę wysokość. Skrzydło silnie bujało się na boki. Następnie weszła klapa z jednej strony, potem z drugiej, jedna się otworzyła i w rotacji zszedł do ziemi. Austriak, który pierwszy wylądował przy Mariuszu tak się składa, że jest lekarzem i to on rozpoczął reanimację. Potem lądowali wokół inni piloci, także z Polski – Marcin Bernat telefonicznie powiadomił o wypadku obozowisko i organizatora oraz co bardzo ważne przesłał koordynaty GPS na służb ratunkowych.
Zdjęcia z miejsca wypadku nie wykluczają, że skręciło go w taśmach. Miejsce, gdzie upadł było bardzo silnym kontrastem termicznym, tam było prawdziwe „rodeo” w powietrzu. Napęd jest doszczętnie zniszczony. Na pewno zginął na miejscu.

Marcin Krakowiak